Articles

Modlin ponad wszystkim

Ryszard Walczak czuł się trochę nieswojo, kiedy wokół niego zaczął kłębić się tłum dziennikarzy. Padały dziesiątki pytań, reporterzy z całego świata chcieli wiedzieć wszystko, o szczegóły uczestnictwa w zawodach dowiadywali się nawet wysłannicy telewizji chińskiej

- To było ogromne przeżycie. Długo nie mogłem uwierzyć w zwycięstwo – mówi „Tygodnikowi”, Ryszard Walczak, mieszkaniec Modlina Twierdzy, członek ekipy, która wygrała lipcowe zawody Lorraine Mondial Air Ballon Rally 2009 we Francji.
Jest to największa taka impreza w Europie, a wielu specjalistów uznaje ją za nieoficjalne mistrzostwa świata w lotach balonowych.
Mógłby prowadzić Boeinga
Ryszard Walczak wraz z rodziną mieszka w Modlinie Twierdzy. Jest emerytowanym pilotem wojskowym. Po rozstaniu ze służbą w 1989 roku doskonalił umiejętności. Ukończył różne kursy, zdobył licencję pilota pierwszej klasy. Teraz mógłby prowadzić Boeingi, ale zdecydował się na własny biznes - kopalnię kwarcu na Śląsku.
Z lotnictwem nie zerwał całkowicie. Przerzucił się na baloniarstwo, do czego zachęcił go Włodzimierz Klósek, dobry kolega a jednocześnie emerytowany pilot wojskowy z Modlina, który po przejściu w stan spoczynku poświęcił się właśnie tej dziedzinie. Teraz jest uznanym w świecie pilotem balonowym i jednym z najwybitniejszych ekspertów w tej branży.
Pan Ryszard podjął wyzwanie. W Aeroklubie Warszawskim przeszedł odpowiednie szkolenia, nauczył się czego trzeba, uczestniczył w kilku zawodach.
Jego pasja udzieliła się żonie Katarzynie. Co prawda, podczas pierwszego w życiu lotu balonem pani Katarzyna struchlała i – jak wspomina p. Ryszard – przez dobry kwadrans nie mogła wydusić z siebie słowa, ale początkowe przerażenie szybko minęło.
– A potem została opoką naszej ekipy – podkreśla z dumą małżonek.
Nagła wiadomość
Pan Ryszard dzielił czas między prowadzenie interesu a dorywcze zajęcia z baloniarstwa, gdy kilka miesięcy temu zadzwonił telefon.
Telefonował Włodzimierz Klósek z wieścią, że kompletuje ekipę na zawody w Lorraine.
- Załoga ma się składać z siedmiu osób. Na razie jestem tylko ja. Pomyśl o pozostałych – powiedział krótko.
Pan Ryszard długo się nie zastanawiał. Zaproponował udział najbliższym - żonie, córce Małgosi (14 l.), uczennicy ostatniej klasy modlińskiego gimnazjum i synowi Michałowi (10 l.), na co dzień uczniowi miejscowej podstawówki. Ofertę przyjęto z entuzjazmem.
- Ktoś mógłby się zdziwić, że pomyślałem o tak niedoświadczonych zawodnikach. Tymczasem sprawa jest prosta. W balonie najważniejszy jest pilot. To on zna wszelkie tajniki i sekrety tego sportu, to on wydaje polecenia, sugeruje, rozkazuje, odpowiada za wszystko. To on przewiduje skąd będzie wiał wiatr, jaka za chwilę nastanie pogoda i jakie decyzje należy podejmować – tłumaczy Ryszard Walczak. - Załogę mogą tworzyć przypadkowi ludzie, którzy przedtem z balonami nie mieli nic wspólnego. Wymaga się od nich przede wszystkim inteligencji i szybkiego rozumienia sugestii i poleceń pilota. Oczywiście nie powinni mieć lęku wysokości - dodaje.
Ostatecznie w skład ekipy weszła rodzina Walczaków z Modlina, Włodzimierz Klósek oraz Bożena i Piotr Lubaczewscy, „baloniarskie” małżeństwo z Warszawy.
Balonu użyczył Aeroklub Warszawski.
Zawody
Już pierwszego dnia imprezy przymierzono się do ustanowienia nowego rekordu księgi Guinessa. Chodziło o to, by na pasie startowym o długości 3 km miejscowego lotniska zmieściło się jak najwięcej balonów. Kiedy spiker ogłosił nowy rekord, rozległa się długo nie milknąca owacja.
329 różnokolorowych i różnokształtnych statków powietrznych zostawiło w pamięci widzów niezatarte wrażenie.
We właściwych zawodach rywalizowało 480 załóg w tyluż balonach. Do rozegrania było 16 konkurencji. O zwycięstwie zadecydować miała suma punktów zdobytych w każdej z nich
Nie sposób opisać wszystkich. Jedną z tych, którą wygrali modlinianie, była pogoń za lisem.
Najpierw w górę wzleciał balon specjalny organizatorów; po około 20 minutach wylądował, a załoga rozłożyła na ziemi znak w kształcie krzyża. Potem sędzia dał sygnał pozostałym załogom, że mogą startować. W powietrze wzbiło się prawie pół tysiąca statków. Ich zadaniem był przelot nad krzyżem i zrzucenie specjalnej szarfy. Zwycięzcą miała zostać ekipa, której szarfa wyląduje najbliżej krzyża.
W tej konkurencji nasi spisali się najlepiej. Co prawda choć w innych też wypadali dobrze, nie sądzili, że mają aż tak wysokie notowania. Kiedy więc impreza dobiegła końca, spokojnie szykowali się do odjazdu, ciesząc się z udziału w pięknym zdarzeniu i z wrażeń, które z sobą zabiorą.
Popularność w Chinach
Telefon od sędziów z informacją, że wygrali całe zawody, wprawił ich w osłupienie.
Zaczęli krzyczeć i tańczyć z radości.
Potem były kwiaty, gratulacje, wywiady z niezliczonymi dziennikarzami, uroczyste wręczenie nagród i łzy wzruszenia przy wysłuchiwaniu naszego hymnu.
Odegrano go dwa razy – najpierw dla pilotów, a potem dla publiczności.
Miejscowa prasa i telewizja pisała i mówiła o ich osiągnięciu przez co najmniej tydzień.
Prasa specjalistyczna całego świata dotychczas umieszcza artykuły i wzmianki na ten temat.
Telewizja chińska nadała reportaż z Ryszardem Walczakiem w roli głównej. Oglądało go kilkadziesiąt milionów ludzi.
Córka Małgosia do tej pory czuje się, jakby uczestniczyła w bajce. Chciałaby znów polecieć przy najbliższej nadarzającej się okazji.
Żona Katarzyna jest niesamowicie dumna z sukcesu.
Równie dumny i ucieszony jest syn Michał, chłopiec raczej małomówny i skryty w uczuciach.
Stanisław Gortat